Opowieści Nieogarniętej

To zdecydowanie nie jest mój ulubiony rok. Długo zastanawiałam się, czy napisać ten post, a jak już napisałam, to czy w ogóle go upublicznić. Nie będzie miło, tekst dotyka jednego z najgorszych przeżyć, z jakim przyszło mi się mierzyć. Osoby wrażliwe na przekleństwa ostrzegam, bo nazbierało się ich trochę poniżej.

Zamilkłam, może trochę ze wstydu, bo ileż dram w życiu może przeżyć człowiek? Jak to właściwie działa? Czy jest jakiś limit rzeczy strasznych, chujowych, które przypadają na daną jednostkę ludzką? Czy jest gdzieś dostępny jakiś magiczny guzik, po naciśnięciu którego usłyszę głos z nieba, mówiący: „Już dobrze, ujowizna się skończyła, idź i ciesz się szczęśliwym życiem, pełnym portfelem, szczupłą sylwetką, szczęśliwą rodziną, zdrowiem psychicznym, fajną pracą, z której nie wracasz zjebana jak konie po westernie, a wypłata starcza na trochę więcej niż rachunki. Od dziś masz rzeszę fajnych przyjaciół, ludzie przestają Cię wkurwiać, a Twój sąsiad nie napierdala już w nocy drzwiami od ogrodu, jak pojebany co 15 minut, żeby wpuścić kota.Możesz żreć czekoladę z orzechami i lody rożki, te truskawkowe z karmelem,bez obaw, że przytyjesz od razu 15 kilo.” Chciałabym taki magiczny guzik, który cofnąłby mnie w czasie…pozwoliłby uniknąć tych wszystkich błędów, które gniotą wyrzutami sumienia i powodują ból nie do opisania. Mogłabym nie spierdolić przecież tak wielu rzeczy. Nie skakać jak pojebana „z kwiatka na kwiatek” mieć może troszkę bardziej nudne, ale stabilne życie. Nie starać się uszczęśliwiać wszystkich na około kosztem siebie samej…i tych, którzy najbardziej się liczą.

Ten rok będę pamiętać na zawsze. Był tak kurewsko wyjątkowy!

Kiedy myślałam już, że wspomniany limit powalonych przeżyć i traum, w końcu się wyczerpał, nagle dostałam potężny cios w sam ryj. Leżę po nim do dzisiaj. Przyszło mi zderzyć się z najgorszym koszmarem jakiego kiedykolwiek doświadczyłam i nigdy doświadczyć nie chciałam. Pewnego marcowego wieczoru w deszczowym i szarym Jukejowie, poczułam jak spadam w otchłań, z której nie ma gwarantowanego wyjścia.

Może kiedyś będę miała odwagę, by o tym więcej napisać…co naprawdę się stało…ale jeszcze…jeszcze nie teraz. W głowie mam już nawet gotowy scenariusz, ale czy wypada? Czy można tak otwarcie napisać i przyznać się, że spierdoliło się sprawę? Że zjebało się koncertowo najpiękniejszą rzecz, jaka kiedykolwiek mi się przydarzyła, czyli macierzyństwo?

Tego dnia, te kilka miesięcy temu, wszystko przestało się liczyć. Wkurwiający sąsiad, nadprogramowe 15 kilogramów, brak prawdziwych przyjaciół w kraju, w którym przyszło mi mieszkać, chroniczny brak hajsu, zmarszczki i kurze łapki, które chuja robią sobie z kremów i masaży polecanych na YouTube, wiecznie psujące się auto, wzięte na kredyt, nagle stały się gówno znaczącymi błahostkami. Nagle znalazłam się w innej rzeczywistości. Nagle musiałam przyznać sama przed sobą „Spierdoliłaś! Brawo kurwa Ty!” Nie wyobrażam sobie na ten moment gorszego poczucia niż właśnie to.

Powie ktoś, że inni mają gorzej, bo mają raka, bo ciężkie choroby. Mi przyszło się zmierzyć z potworem, którego imienia nie mogę powiedzieć, nie mogę go publicznie nazwać. Nie to, że nie chcę…bo jak najbardziej chciałabym…choćby po to, aby to wywalić z siebie, wykrzyczeć, bo spotkało mi mierzyć się z siłą, która chce odebrać mi dziecko, a walka jest bardzo nierówna. To jak bitwa karzełka z jakimś kolosem. Jakieś chore i pojebane MMA. Nagle rzeczy, które znało się jedynie z telewizji, które budziły lęk i nieprzyjemne uczucia, stały się częścią mojego życia. Jak to ja…sama zupełnie…mam stanąć do walki? Mieszkając w kraju, gdzie jest jawne przyzwolenie na wiele sytuacji, zachowań. „Don’t worry” Kurwa! Słysząc to zdaniem odniesieniu do mojej sytuacji, mam autentyczną ochotę przyjebać komuś w ryj. Bez względu na konsekwencje.

Kraj, w którym żyję, ciężko pracuję i płacę podatki, nie ma zbyt wiele do zaoferowania rodzicom, którzy znaleźli się w podobnej do mojej sytuacji. Jedynie co może Ci dać, to poklepanie po plecach i rzucenie z udawanym grymasem współczucia, zużytego bardziej niż opony w passacie sąsiada : „I’m sorry”. Nikogo nie obchodziło, kiedy zgłaszałam pierwsze symptomy nadchodzącego nieszczęścia, które można porównać do równi pochyłej, poruszać się można na niej tylko w dół, jest jednocześnie ostrą jazdą bez trzymanki, bombą, która może w niekontrolowany sposób wybuchnąć w każdej chwili. Wszyscy rozkładali ręce. „To normalne”, „Trzeba obserwować”. Najlepiej jeszcze jakby sypnęli hojnie paracetamolem, taki dobry na wszystko przecież. Cudowny lek, co ukoi cały ból tej ziemi. Nie chcę brzmieć jak gderliwa i niewdzięczna sucz w średnim wieku. Dlatego postaram się trzymać tą czarę goryczy na wodzy, ale przelewa się ona coraz bardziej. Od kilku miesięcy funkcjonuje w trybie zombie, matki walczącej…na smierć i życie. Znalazłam się w ciemnym, zimnym i przerażającym miejscu, sama…Bez pewności, że się uda, że wygram. Że moje Dziecko pokona demony, które nim zawładnęły.

Chyba…czekam, na światełko w tunelu, jak mała dziewczynka, którą ktoś zamknął w brudnej i ciemnej piwnicy ze szczurami, których potwornie się boję. Czekam aż zdarzy się cud, i przyjdzie ktoś, kto podniesie mnie z tej wilgotnej, lepiącej się podłogi i powie „jestem, będzie dobrze, zapalimy światło, a potem stąd wyjdziemy” i zaprowadzi mnie do innej, jakieś kurwa równoległej rzeczywistości, gdzie te wszystkie straszne rzeczy się nigdy nie wydarzyły.

Albo jeszcze lepiej…niech ktoś da mi ten guzik, przycisk no coś, co przeniesie mnie tak z 15 lat wstecz. Pozwoli nie popełnić tych wszystkich pierdolonych błędów, których dziś się wstydzę. Być lepszą matką, nie gonić wiecznie za chuj wie czym. Pracą, w której zapewne dziś nikt nie pamięta o moim istnieniu, a dla której wypruwałam sobie flaki, pieniędzmi, których i tak nigdy nie ma, czy w końcu pożal się Boże chłopami, po których w większości pozostał tylko niesmak. Chciałabym spotkać się ze samą sobą kilka lat temu i pierdolnąć się w łeb. Dać sobie porządnego plaskacza i powiedzieć : kurwa jego mać! Stop!!! Zostaw to! Nie goń, bo ucieka Ci to co najważniejsze. Nikt nie zwróci Ci tego czasu, który przejebałaś na chuja warte rzeczy! Zatrzymaj się!

Może i było dramatycznie i beznadziejnie, ale to ja…jeszcze bardziej nieporadna i nieogarnięta niż kiedykolwiek byłam…trzęsąca się ze strachu i rycząca nocami w poduszkę. Rozdarta na strzępy w podjęciu jakiejkolwiek decyzji, bo każda niesie za sobą ryzyko, każda w jakiś sposób jest mniej lub bardziej chujowa.Przygnieciona jak jakimś zajebiście wielkim głazem, poczuciem winy i porażki, które nie pozwala normalnie funkcjonować. Obym czytając to za kilka lat, uśmiechała się do siebie samej ciepło, wiedząc, że wygrałam, że pokonałam potwora, jakim jest….uzależnienie dziecka…oby wtedy jedynymi moimi problemami był wkurwiający sąsiad i kurze łapki…

4 Responses

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *