Opowieści Nieogarniętej

Nie było mnie chwilę, co? Od kilku albo bardziej nawet kilkunastu dni, zabierałam się za stworzenie kolejnego wpisu na blogu. Miało być fajnie, miało być śmiesznie, miałam pomysły nawet. Ale chuj bombki strzelił. Nie umiem robić czegoś na siłę najwidoczniej. Dziś muszę trochę się uzewnętrznić, będą bluzgi. Ostrzegam wrażliwych 🙂

Tych obawiających się teraz płaczliwego biadolenia na temat tego jak to mi źle i jak bardzo życie moje jest do dupy, pragnę uspokoić, nie będę robić scen. Postaram się przynajmniej.

Musiałam w końcu zdać sobie sprawę z pewnej rzeczy. Ogarnąć tę przysłowiową kuwetę. Nazwać rzecz po imieniu. Podobno wtedy łatwiej. Lepiej walczyć z wrogiem, kiedy wiesz, jak się nazywa. Podobno. Boisz się jednak powiedzieć o tym głośno. Wstyd się przyznać. Cierpisz, odczuwasz wręcz fizyczny ból, ale to taki kurwa wstyd, strach, że ludzie wezmą Cię za psychola. Za pojeba. Czubka. Będą unikać. A więc przyklejasz do facjaty uśmiech numer 5 i udajesz, że jest dobrze. Taka tam jesienna chandra, hehe. Ale rozpierdala Cię od środka. Zabija. Niszczy każdego dnia.

To gówno przypałętało się do mnie dawno. Nie pamiętam dokładnie kiedy. Spowodowane i sprowokowane przez serię chujowych wydarzeń, o których nie ma sensu pisać teraz. Pamiętam, kiedy było tak źle, że nie byłam w stanie się umyć. Przez kilka dni. Każdy dzień był wegetacją. Chciałam to zakończyć. Nie czuć więcej bólu i upokorzenia. Chciałam być normalna, ale nie umiałam. Nikt się nie spodziewał, że na co dzień uśmiechnięta i pełna poczucia humoru, dwudziestokilkuletnia laska miewa stany, kiedy nie może wstać z łóżka. Chujowo, co? Pamiętam, jak wtedy, te kilka lat temu, ostatkiem sił, zadzwoniłam błagać o pomoc. Do szpitala psychiatrycznego. Byłam w opłakanym stanie. Lekarz mnie zjebał surowym tonem i pożegnał ozięble słowami, że to nie jest telefon zaufania. Jakoś się pozbierałam. Pomogła przyjaciółka. Umówiła na wizytę prywatną. Co usłyszałam od pulchnej Pani Doktor patrzącej na mnie przez binokle grubości książki telefonicznej? „Chyba ogląda Pani za często Pytanie na śniadanie”. Miałam ochotę wypalić, żeby się stuknęła w to przerośnięte tłuszczem czoło, gdyż ponieważ ja nie posiadam telewizora w ogóle. Zamiast tego podziękowałam i sobie poszłam, uiściwszy najpierw opłatę w wysokości 100zł. Praca marzeń, kurwa. Takie diagnozy to i ja mogę stawiać i brać za to grube hajsy. Tu żadne studia nie są potrzebne. Już lepiej mogłam dać dychę na jabola jakiemuś Mietkowi spod monopolowego, na pewno usłyszałabym bardziej budującą poradę życiową. Pamiętam, jak po wejściu do samochodu koleżanki, zaraz po tej cudownej wizycie, usłyszałam od niej, że mam kurwa się ogarnąć i przestać histeryzować i użalać nad sobą. Że zachowuję się jak skończona kretynka, że ludzie mają gorsze problemy. A ja biadolę jak pojebana. Pamiętam do dziś te słowa. Bolało. Zajebiście bolało. Nie miałam siły powiedzieć jej nawet jak bardzo to kurwa boli i jak bardzo się myli i jak desperacko nie chciałam wyglądać i czuć się dłużej jak żywy trup. I tak, zdawałam sobie sprawę z tego, że jestem szczęściarą, bo nie mam raka, bo mam dwie nogi i ręce. Ale z jakiegoś powodu mój mózg pod wpływem splotu chujowych zdarzeń, miał error. Błąd systemu. Zjebał się. Nic mnie nie cieszyło, na nic nie miałam siły. Wstanie z łóżka rano to był challenge. Najprostsza życiowa czynność, jak umycie się, czy zakupy, urastała do rangi wspinaczki na Mount Everest. Jakoś wylizałam się wtedy. Ale trwało to dłuższą chwilę. Znalazłam lekarza w końcu, który nie patrzył na mnie jak na debila i przepisał leki.

Ta chujnia jednak jest podstępna. Lubi o sobie przypominać. Wraca jak grzybica. Często podstępnie. Bez zapowiedzi. Ścina z nóg, wysysa energię, nie pozwala cieszyć się niczym. Czujesz, że Twoje życie to beznadziejna, pozbawiona sensu egzystencja. A Ty boisz się przyznać, bo ludzie nie lubią psycholi. To nie ważne, że depresja wynika z nieprawidłowości w działaniu mózgu. Nikt nie chce czuć się jak Zombie z własnej woli. Każdy potrafi łatwo usprawiedliwić niefajne zachowania ludzi chorych na różne inne schorzenia. Potrafią okazać im czułość i troskę. Bo oni cierpią przecież…Bo choroba ich wykańcza. Oczywiście z tym się zgadzam. Trudne jest natomiast to, że chorzy na depresję skazani są na izolację społeczną. Bo przecież nikt z czubkiem, co pewnie wmawia sobie to wszystko, nie będzie się zadawał. Ten skurwiel-depresja, jest tak podstępny, że go nie widać na zewnątrz. Przynajmniej przez długi okres. Może dotknąć każdego. Wspomnianego Mietka spod monopolowego i wylaszczoną Panią z telewizji. Padło i na mnie. Wraca. Jak zasrana opryszczka albo inne gówno. Pozbawia sił i nie pozwala normalnie funkcjonować. Nie, nie wmawiam sobie. Oddałabym wiele, aby być „Normalna”. Cieszyć się życiem. Mieć siłę na wstawanie rano z łózka. Nie przejmować się tak bardzo, że klientka w pracy ( dalej pracuję w Covidowni ) na mnie nawrzeszczała i złożyła skargę, choć nic nie zrobiłam, a przeszkadzał jej ewidentnie mój „eastern european accent”, o którym wspomniała kilka razy. Jakbym była „normalna”, to nie przejmowałabym się może tak bardzo, że w pracy często jestem pomijana podczas poważnych rozmów, bo mój angielski jest za mało brytyjski. Pewnie olałabym fakt, że nie mam przyjaciół w tym deszczowym kraju. Tak…wiele oddałabym za to, aby nie czuć tego cholernego bólu, jakby coś siedziało mi na klacie i nie pozwalało oddychać. Tak bardzo chciałabym nie mieć myśli, że to wszystko nie ma sensu.

Nie było wesoło, co? Nie tym razem. Pozdrawiam i przytulam wszystkie „psychole” i „psycholki”. Nie jesteście sami. Wy….”Normalni”…rozejrzyjcie się…może ktoś z Waszych najbliższych właśnie cierpi i rozpaczliwie, choć bezgłośnie woła o pomoc. Pomóżcie, najgorsze co można zrobić, to przejść obojętnie. A Wy, kochani „doradzacze”…jebnijcie się w czoło. Wsadźcie sobie Wasze dobre rady w dupe! Radząc osobie w depresji, żeby się ogarnęła i przestała użalać nad sobą, jest pomysłem co najmniej chujowym. Czy powiedziałbyś osobie ze złamaną ręką, żeby nie przesadzała i wzięła się w garść oraz przestała udawać? No raczej nie, prawda? Depresja boli. Jest chorobą. Boli, jak nie możesz spać w nocy, oraz jak nie masz siły wyjść z wyra rano. Boli jak myślisz, że całe Twoje życie jest jebaną porażką, kiedy nie lubisz siebie i za wszystko obwiniasz. Boli, jak masz chwilowe zaniki pamięci i nie kojarzysz co miałeś kupić w sklepie. We łbie czarna dziura. I nie możesz przestać. Choć chcesz.

Dobra, dość. Się rozpisałam. I chyba czuję się lepiej. Mam nadzieję, że zostaniecie z psychiczną „Nieogarniętą”. Bądźcie szczęśliwi. Wszyscy.

2 Responses

  1. Znam to. Od 2012 roku z różnym skutkiem walczę z depresją endogenną zwaną hormonalną. Działa tak samo jak zwykła depresja. Jestem faszerowana hormonami itd. Mam dni lepsze i gorsze. A gdy słyszę „inni mają gorzej” to taka osoba wylatuje ze znajomych, po prostu nie mam siły na dyskusję z toksykami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *