Opowieści Nieogarniętej

Znasz to uczucie, kiedy cieszysz się jak wariat nadchodzącym urlopem?Odliczasz dni, godziny do tej upragnionej chwili, kiedy w końcu bezduszny budzik nie zadzwoni brutalnie bladym świtem. Kiedy, tak jak w moim przypadku, nie trzeba będzie przełączać go w tryb drzemki co najmniej trzy razy. Wszystko to tylko po to, by potem biegać jak potrzepana po całej chacie w pośpiechu, przyrzekając sobie milionowy raz w życiu, że jutro to już z pierwszym alarmem podniesiesz się z wyra. Że te 10 minut snu więcej nie było warte tego stresu. Jak normalny człowiek wypijesz kawę i może nawet zjesz śniadanie. Zazdrościsz tym szczęściarzom z roboty, którzy zawsze przychodzą pół godziny wcześniej i zrelaksowani patrzą na Ciebie z tym jakże wkurwiającym, szyderczym uśmiechem, mówiącym: „Co? Znów się spóźniłaś, leszczu?” Osobiście wyznaję teorię, że ludzie dzielą się na dwa gatunki. Tych, którzy wstają z pierwszym alarmem, zawsze są wszędzie na czas i wkurwiają na maksa tym tą drugą grupę rodzaju ludzkiego, czyli nieszczęśników takich jak ja, dla których bycie na czas gdziekolwiek i to cholerne wstawanie rano cięższe jest niż wspinaczka na Giewont po całonocnej balandze.

No więc cieszysz się jak głupek na te nadchodzące wymarzone kilka dni. A teraz usiądź wygodnie, zrelaksuj się i wyobraź sobie, że mieszkasz w obcym kraju. Daleko od rodziny i przyjaciół. Szlag Cię trafia, jak widzisz ich na facebooku imprezujących i spotykających się na grillach i innych takich, podczas gdy Twoje życie towarzyskie przywodzi na myśl serial ” 7 stóp pod ziemią”. Wpadasz zatem na genialny plan nadrobienia wszelkich zaległości i umówienie się ze wszystkimi Twoimi znajomymi, bliższymi i dalszymi ziomkami i przyjaciółkami, podczas Twojego lekko ponad dwutygodniowego pobytu w Polsce. Podczas którego musisz pozałatwiać w chuj dużo urzędowych spraw i stoczyć batalię w sądzie z byłym mężem. Ale co tam! Raz się żyje! Dwa tygodnie to kupa czasu przecież. Koniecznie usiądź z kalendarzem w ręku miesiąc przed urlopem, zaplanuj odwiedziny u 20 znajomych, a także wizytę u fryzjera i kosmetyczki ( bo w kraju gdzie mieszkasz nikt nie potrafi nawet prosto obciąć grzywki i wszelkie usługi kosztują miliony monet ). Do tego zaplanuj keratynowe prostowanie włosów na sam początek Twojego pobytu, nie dowiaduj się niczego absolutnie na temat zaleceń po zabiegowych i zaplanuj sobie wizytę na basenie na drugi dzień po. Brzmi wspaniale, prawda? Nie bierz pod uwagę tego, że jak umówisz się z tym lub z tamtym, to inni mogą poczuć się urażeni, że nie znalazłaś dla nich czasu, choć bardzo ich lubisz, ale doba nie jest z gumy przecież. Koniecznie dobrze się spakuj przed wyjazdem. Posłuchaj kumpeli, która właśnie wyjechała na urlop do Polski i narzeka na upały i niewiarygodność prognoz pogody i to, że zabrała ze sobą prawie same grubsze rzeczy. Ty postanów być mądrzejsza. Skoro jest gorąco, to sprawa jest jasna. Zabierz tylko i wyłącznie letnie rzeczy. Żadnych dżinsów, niczego z długim rękawem, bo po co. Ignoruj wszelkie wiadomości pogodowe. Potem zdziw się bardzo, że jednak drugi tydzień Twojego pobytu jest chłodny i marznij jak debil w letnich kieckach. Koniecznie też zabierz twoje super wyglądające ale cholernie niewygodne conversy na platformie, te które zajmują pół walizki, a potem nie miej w czym chodzić, bo spuchną Ci z bólu nogi. Wykup pół działu z czekoladą w angielskim markecie, aby obdarować nią rodzinę i przyjaciół, nie myśląc o tym, że po podróży w 35 stopniowym upale będziesz rozdawać coś na kształt brązowej mazi, przywołującej na myśl tylko jedno skojarzenie…Przed wyjazdem nie zapomnij o załadowaniu całej lodówki mięsem i innymi produktami spożywczymi. Przed samym wyjściem z domu wpadnij w panikę spowodowaną lękiem przed ryzykiem wybuchu pożaru podczas Twojej nieobecności w nowo wynajętym domu. Powyłączaj w tym celu wszelkie urządzenia elektryczne. Skorzystaj z panelu na ścianie w kuchni, który odcina dopływ prądu do wszelkich urządzeń elektrycznych jednym ruchem i zapomnij w tej panice i pośpiechu o tym, że przecież lodówka i zamrażarka jest też na prąd. Nieświadoma katastrofy biologicznej, której nieuchronne nadejście właśnie spowodowałaś, wyjdź z domu na ponad dwa tygodnie. Proste. Prawda?

Podczas podróży na lotnisko absolutnie się nie relaksuj. Myśl o tych wszystkich rachunkach, które musisz jeszcze zapłacić do końca miesiąca, dopiero teraz dzwoń na infolinię Twojego operatora sieci komórkowej, bo jak grom z jasnego nieba nagle spada na Ciebie myśl, że przecież kurwa możesz nie być w stanie używać Twojego telefonu podczas pobytu za granicą. Wreszcie wypłać z bankomatu tylko małą kwotę gotówki, bo przecież w Polsce wszędzie można płacić kartą, a kasa będzie Ci potrzebna tylko po to, aby zakupić upragnione truskawki na bazarze, tudzież na poboczu drogi. Kiedy rzeczywistość brutalnie zweryfikuje Twoje wyobrażenie, martw się jak kretyn, pożyczaj hajs od znajomych i zamiast cieszyć się urlopem, rób przelewy aby ten hajs oddać.

W samolocie koniecznie usiądź obok najbardziej głośnych pasażerów na pokładzie, którzy tracą całą chyba tygodniową pensję na drinki podczas dwugodzinnego lotu. Słuchaj o ich pijackich wybrykach, problemach zdrowotnych oraz rodzinnych. W nagrodę zostaniesz poproszona przez nawaloną jak Messershmitt współpasażerkę o pomoc w zrobieniu makijażu pięć minut przed lądowaniem, bo jak to ujmie ” Wygląda chujowo i czekająca na lotnisku siostra na pewno pozna, że jest najebana”.

Zapomniałam wspomnieć o bardzo istotnej rzeczy. Nie kupuj biletu na najbliższe dla Ciebie lotnisko w Polsce. Postanów zaoszczędzić i bądź dumna z siebie, że udając się w okolice Wrocławia, lecisz do Warszawy. Przecież komunikacja publiczna w Polsce jest wspaniała. Potem, na trzy dni przed wylotem, zorientuj się, że nie jest tak pięknie jak myślałaś i przez dwa dni szukaj dojazdu, po czym zrezygnowana postanów kolejny raz skorzystać z bla bla car. Tak, istnieje coś takiego. W Warszawie, podróżując z wiadomego lotniska, czekaj na spóźniony godzinę pociąg, w piekielnym upale, myśląc o czekoladzie powoli roztapiającej się w Twojej do granic wytrzymałości wypchanej torbie. Ale bądź szczęśliwa, bo w końcu, wszędzie dookoła słyszysz swój ojczysty język. Na dwa tygodnie możesz wyłączyć ten obszar mózgu, który jest odpowiedzialny za odszyfrowywanie angielskiego bełkotu. ( Z całym szacunkiem dla tego pięknego języka, ale tu, gdzie mieszkam, mówi się z bardzo ciężkim akcentem, który czasem naprawdę jest podobny do niczego i mam wrażenie, że lokalsi im mniej wyraźnie mówią, tym bardziej się rozumieją.) Potem przez opóźnienie pociągu wpadnij w panikę, bo boisz się, że ucieknie Ci bla bla car, a Ty zostaniesz na noc z walizami w Warszawie. Zamów ubera, aby dojechać na umówione miejsce. Zorientuj się, że kierowca nie zna słowa po polsku, angielsku i nawet rosyjsku, jedzie 30km na godzinę, a kiedy Ty go błagasz, aby choć trochę przyspieszył, on zatrzymuje się na środku drogi i patrzy na Ciebie jak na debila. Docierasz w końcu na miejsce. Jedziesz do Wrocławia. Podczas paru godzinnej podróży słuchasz od współpasażerów, jaką to jesteś skończoną idiotką, że mieszkasz w Jukej. Tu w Polsce ze znajomością inglisza mogłabyś żyć jak królowa i być prezesem co najmniej. Myślisz w tej chwili o tych wszystkich władających biegle językiem Szekspira rodakach, pracujących w KFC i innych takich, i grzecznie dziękujesz Panu za poradę życiową. Podczas postoju na „Ce pe enie”, kupując wymarzonego i wytęsknionego hot doga, niedostępnego na emigracji, niczym niespodziewany cios w twarz, szokuje Cię zapomniany poziom polskiej obsługi klienta. Nikt nie pyta Cię, czy „Jesteś ok” i jak mija Ci dzień, nawet kiedy za Tobą jest zajebiście długa kolejka, nikt nie rzuca na koniec „miłego dnia” jak w Jukejowie, zamiast tego dostajesz zimny chlust w twarz w postaci „co podać?!”, mówione tonem jakby chciał lub chciała powiedzieć „masz i spierdalaj!”. Nie zawsze, ale w 80 procentach Twoich wizyt w sklepach, tak to będzie właśnie wyglądać. Spocona, po całodniowej podróży, wypożyczasz auto. Staczasz jednak najpierw batalię przy okienku z Panem będącym akurat na zmianie, który zamierza Ci wcisnąć chujową ofertę, a Ty wcześniej rozmawiałaś z innym pracownikiem przez telefon, który przysięgał na życie babci, że dostaniesz inne warunki, no chyba, że tego dnia na zmianie będzie kierownik, co jest bardzo mało prawdopodobne i musiałabyś mieć zajebistego pecha, aby trafić właśnie na niego. Dowiedz się, że koleś, któremu właśnie chciałaś nabluzgać jest nikim innym jak kierownikiem we własnej osobie.

Już pierwszego dnia Twojego pieczołowicie zaplanowanego urlopu, przekonaj się, jak zjebanym pomysłem była chęć nadrobienia rocznej przerwy w kontaktach towarzyskich w dwa tygodnie. Biegaj wszędzie z przysłowiowym wywalonym jęzorem, upocona jak świnia, bo odzwyczaiłaś się od tropikalnych upałów. Przepraszaj wszystkie psiapsióły i koleżanki za to, że możesz posiedzieć u nich tylko dwie godziny, bo musisz lecieć na kolejne umówione spotkanie. Karą za Twoją głupotę, niech będzie pękające serce z żalu, że nawet nie możecie normalnie jak ludzie pogadać. Potem kombinuj, przekładaj, odwołuj. Powtórz ta sytuację jakieś 20 razy. Miej dość pierdolenia w kółko o tym samym. Trzeciego dnia pobytu idź na wspomniany wcześniej włosowy zabieg. Upewnij się , że koniecznie ustaliłaś najwcześniejszą dostępną godzinę, czyli 9 rano, a podróż tam zajmie Ci pół godziny. Oczywiście spóźnij się i znoś krzywe spojrzenie Pani, która w dupie ma fakt, że poszłaś spać nad ranem, bo nie mogłaś się nagadać z ulubioną kuzynką. Potem niech trafi Cię szlag, kiedy fryzjerka powie, że przez trzy dni powinnaś unikać przebywania na słońcu, nie pocić się oraz prawie nie dotykać tych cholernych kłaków. Stwierdzasz, że przy tym, co sobie zaplanowałaś, jest to niemożliwe do wykonania i prawdopodobnie właśnie wyjebałaś w błoto ciężko zarobione pieniążki.

Gotowi przyjąć kolejną garść porad? A zatem przez dwa tygodnie biegaj jak debil pomiędzy znajomymi, staraj się być wszędzie na czas, przy czym nie miej go w ogóle dla siebie, aby choć przez chwilę odpocząć i nacieszyć się urlopem. Przepraszaj wszystkich, że nie masz czasu, że Ty to tylko na chwilę. Żryj fast foody, po których spuchniesz jak balon przy Twojej nietolerancji na węglowodany. Nie odmawiaj sobie niczego, bo przecież nie wiesz, kiedy znów będzie Ci dane być w ojczystym kraju, a nigdzie indziej Makdonald nie smakuje tak dobrze ale na nic innego nie masz czasu.

Jeśli tak jak ja, cierpisz na lęk wysokości, koniecznie pojedź na dwa dni do największego w Polsce parku rozrywki. Pierwszego dnia płacz ze strachu na kolejce górskiej dla dzieci. Zamknij oczy i wyobraź sobie jak właśnie spadasz, bo wypinasz się z pasów lub jakiś element ucina Ci głowę albo inną część ciała. Spędź pół nocy dochodząc do granic internetu, by znalzeźć informacje o tym, jak pozbyć się lęku przed roller coasterami, bo przecież nie możesz popsuć własnemu dziecku frajdy z wymarzonego wyjazdu. Przekonaj się, że jednak jest fajnie, a zamykanie oczu w trakcie jazdy, tak jak to do tej pory robiłaś, potęguje tylko strach i ponadto, na każdym zdjęciu robionym podczas zjazdu wygląda się jak skończony debil. Poczuj ten dreszcz emocji, kiedy czujesz, jak wnętrzności Twoje obracają się o 180 stopni. Myśl też w trakcie o tym, co by było gdyby coś się jednak odpięło…Ale tak szczerze, to polecam. Na pewno jeszcze tam wrócę.

Czy wspomniałam już o tym, że gwarancją zjebanego nastroju podczas urlopu jest zaplanowanie go, kiedy musisz stoczyć sądową batalię z byłym mężem? Zapewniam, że jeśli masz zbyt pozytywne nastawienie oraz tryskasz dobrą energią, spotkanie wyżej wspomnianego, spierdoli Ci ten cudowny nastrój szybciej niż Robert Kubica osiąga 100 kilometrów na godzinę. Także tego, nie zajmuje Ci długo, aby przekonać się, że nie był to zbyt udany pomysł.

Kiedy wiesz, że Twój urlop nie był dobrze spędzony? Kiedy cieszysz się, że po powrocie czeka Cię 10 dni kwarantanny. Kiedy masz już dość kompletnie wszystkich spotkań i jedyne, o czym marzysz to jeden dzień nicnierobienia. Kiedy kochasz swoich przyjaciół i cieszysz się, że możesz ich choć na chwilę spotkać, ale w duchu przyrzekasz sobie, że to Twoje ostatnie wakacje w tym stylu i następnym razem to pojedziesz na wakacje tak jak robią to normalni ludzie. Nad jakieś morze lub w góry, do jakieś Grecji czy Chorwacji. Ewentualnie na polski parawaning. Jeśli zaplanujesz wizyty u znajomych, to zrobisz to z głową. Wybierzesz 3 lub 4 osoby, z ktorymi miło spędzisz czas bez patrzenia na zegarek.

Siedzisz więc w samolocie powrotnym, po wykupieniu w chuj drogich absurdalnych testów, aby móc wrócić do domu. Wiedząc, że po powrocie czeka Cię 10 dni z Netflixem, rozkminiając, dlaczego czujesz się styrana jak konie po westernie, i co zrobiłaś nie tak, gdzie popełniłaś błąd, że tak zjebałaś sobie te długo wyczekiwane i upragnione wakacje. Oglądasz relacje znajomych na facebooku i z całego serca zazdrościsz im, że wypoczywają sobie tak „na prawdziwo” a nie biegają jak porąbani, co robiłaś Ty przez ostanie kilkanaście dni. A miało być tak pięknie przecież. Mogłaś zrobić to inaczej! Marzysz już tylko o powrocie do domu, w którym czeka na Ciebie wyłączona przez przypadek pełna lodówka…i 10 dniowa kwarantanna.Ale spokojnie, jeszcze o tym nie wiesz…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *