Opowieści Nieogarniętej

Pewne zmiany zaszły w moim życiu, nie mieszkam już w salonie u mamy, a we własnym (tzn. wynajętym) domu. Nie bombardują mnie reklamy pastylek na potencję i zaburzenia erekcji, bo zwyczajnie nie zdążyłam kupić sobie jeszcze telewizora. Lata za to, jak pojebana, po moim pokoju ( czy mówiąc językiem snobów – salonie) mucha. Wkurwia mnie tak, że zaraz chyba oszaleję. Nie da się jej w żaden sposób zamordować ani przepędzić nawet. Nienawidzę tego obleśnego bzyczenia. Bardziej niż szurania styropianem o szybę nawet. Niesie ze sobą to podłe małe stworzenie pewne przesłanie, powiedziałabym filozoficzne, ale o tym później. Najpierw „pochwalić się” muszę moimi osiągnięciami w sztuce bycia skończoną idiotką. Właśnie odkryłam, że jedna rzecz w moim życiu nie zmieni się nigdy, a w każdym bądź razie nie szybko. To moje upośledzenie emocjonalne, albo jakaś kosmiczna siła, która każe mi podejmować chujowe decyzje i odwalać akcje rodem z trudnych spraw.

Kojarzycie taką książkę „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy”? Podobno jest cudownym eliksirem na różnego typu zaburzenia i pomaga idiotkom, takim jak ja, zostać rasową samicą, której żaden samiec, nawet ten najbardziej sprytny, się nie oprze. Pamiętam jak biegłam w podskokach do kięgarni, kiedy dowiedziałam się o tej książce, by ją zdobyć. Matko jedyna, jakie ja wiązałam z nią nadzieje! Z wypiekami na facjacie chłonęłam każde pojedyncze słowo i miałam wrażenie, że wszystkie opisane tam chore akcje, które odpierdalają zakochane laski, to historie z życia mego wzięte. Ponoć istnieją dziewczyny, które przemieniają się z idiotek w super samice po przeczytaniu takich mądrości. Ja do nich ewidentnie nie należę. Ja w tej dziedzinie jestem oporna na wiedzę. Nie pomogło słuchanie przez zimę całą mądrych vlogów na ju tjub, gdzie szczęśliwe i chwalące się białym uzębieniem Panie tłumaczą ładnie, krok po kroku, jak nie być debilem i w końcu ustatkować się u boku jakiegoś poczciwego Janusza, co to nie będzie złamanym chujem. Miało być tak pięknie, miałaś być rezolutną, rozsądną kobietą, Magdaleno. Bogatsza o tą wiedzę, obiecałaś sobie, że nigdy więcej telefonów do wszystkich dostępnych na messengerze przyjaciółek, które zawsze zaczynają się od sakramentalnego zdania: „Zgadnij stara co odjebałam….” Byłaś pewna, że już nigdy więcej płaczu w poduszkę oraz stanów depresyjnych z powodu bycia kretynką i zadawania się z nieodpowiednimi osobnikami, którzy chuj wie czego chcą. A przeważnie chcą tylko wiadomej rzeczy. Już przecież schowałaś głęboko w swojej nowej, kupionej na ebay tekstylnej, złożonej w pocie czoła szafie ( na razie tylko na taką mnie stać) wielkie gacie w stylu Bridget Jones a wyjęłaś te ładniejsze, koronkowe w nadziei, że będzie szansa zaprezentować je światu. Otóż NIE! Jesteś idiotką i na razie koronkowe gacie muszą poczekać w kolejce. Boże, czy ja wariuje???

No bo zaczęło się niewinnie. Odinstalowałam wszelkie randkowe aplikacje, wierząc, że to zło wcielone i nie da się poznać tam nikogo normalnego. A przynajmniej nie działa to w moim przypadku. Może dlatego, że jestem jednak „foreigner” i zawsze będzie to zaniżało moje notowania na brytyjskich portalach dla singli. A może to jedynie moje dziwne odczucie. Mniejsza o to. Fakt jest taki, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów, spotkałam typa, który bardzo mi się spodobał.Na żywo. Tak wiecie, w realu, jak to się mówi. Żeby nie było, ja nie mogę narzekać na całkowity brak zainteresowania ze strony facetów. Jak już kiedyś wspominałam, w pracy mam nawet mały fan klub. Ale co z tego, jak większość jego „członków” to osobniki ze skrętem kręgosłupa, czyli dupą na boku, lub też uciśnieni nieszczęśnicy z bagażem życiowym w postaci żony i dzieci. Oczywiście wszystkie z tych żon, wierząc ich wersji, to złe kobiety są, a oni biedni, pragnący szczęścia i miłości rycerze na białym rumaku.

Wracając do rzeczy, typ, którego poznałam, okazał się być tym z niezajętych. Bardzo się polubiliśmy od pierwszego dnia i super nam się rozmawiało. Ekstra! pomyślałam, będę mieć fajnego kumpla. Takie bowiem było początkowe założenie. Jednak niestety „kumpel” okazał się mieć wzrost idealny, głos na którego brzmienie miękły mi kolana oraz zabójczy uśmiech. ( Jebana mucha znów robi rundkę). Na nieszczęście okazało się, że lubimy wiele wspólnych rzeczy. On tak jak ja, nie pierdoli, że nie lubi Mcdonalda, a w tajemnicy przed światem zamawia w sobotnią noc big maca. Ja kocham frytki made in Mcdonald’s oraz dostaje kulinarnego orgazmu podczas jedzenia lodów mcflurry. Niestety kolega mój nie za bardzo spieszył się z zapytaniem o wymianę numerów telefonu. Facebook też milczał jak zaklęty, nie pokazując zaproszenia do grona znajomych. No nic…może trafił mi się taki typ z tych nieśmiałych…, pomyślałam w mojej zamroczonej endorfinami głowie. Pierwszy raz w życiu postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce i podać kolesiowi swój numer telefonu. Boże, dlaczego nie strzeliłeś we mnie w tym momencie piorunem?! Gość szybko przeszedł do rzeczy, zaczął pisać bardzo często, a ja prawie sikałam ze szczęścia, że oto ja, w końcu bez pomocy tindera i innych takich, znalazłam potencjała. Nie musiałam czekać długo, aż kolega mój zaproponował wyjście w sobotę wieczorem. Zaproponował, że po mnie przyjedzie. Odjebana w jedną z moich najlepszych kiecek ja, prawie zemdlałam, kiedy zobaczyłam, że on ubrał elegancką koszulę i wyglądał naprawdę tak, jakby zależało mu na tym, by wypaść dobrze. Zabrał mnie do bardzo fajnego miejsca, gdzie spędziliśmy super czas. „Mam go, mam go, mam go!!!” Powtarzałam jak jakiś chory pojeb. Pierwszy raz od bardzo dawna ktoś tak bardzo przypadł mi do gustu. Zalany koktajlem dopaminowym mózg nie chciał przyjąć do wiadomości, że przecież on nie wysłał na tym spotkaniu żadnego sygnału, nie powiedział żadnego komplementu nawet. No jednym słowem, traktował Cię skończona debilko jak koleżankę, z którą od tak lubi se pogadać. Nieee no jak to? On przecież na pewno myśli już o założeniu ze mną rodziny, tylko tak się biedny wstydzi troszkę…Chcesz wiedzieć jak być skończoną idiotką? Posłuchaj tego:

Mózg Twój wariuje totalnie, kiedy na drugi i trzeci dzień on proponuje Ci znów spotkanie. Ignorujesz także to, kiedy mówi Ci, że chciał zabrać na jedno z waszych spotkań swojego współlokatora i za każdym razem pytał, czemu przyszłaś sama, bo przecież mogłaś wziąć koleżankę jakąś ze sobą. To nic, że dalej żadnych oznak, że żadnego flirtu. Eh…taki wstydzioszek z niego, hihi…Na bank na mnie leci przecież.

To, że nie odzywa się kolejnych parę dni, ignorujesz. Oczywiście piszesz pierwsza i jak Filip z konopii wyskakujesz z propozycją spotkania. „Może on oczekuje, abym to ja podjęła inicjatywę” myślisz w swoim chorym mózgu. No to on, chyba z łaski, zaprasza Cię na koncert muzyki irlandzkiej w niedzielę, w towarzystwie jego przyjaciół. ” No bez jaj, to musi być miłość przecież”. Znowu zakładasz tą najlepszą z Twoich kiecek. Umierasz ze szczęścia, kiedy jego kumpela podczas gdy on wychodzi na fajkę, mówi Ci, że on ewidentnie na Ciebie leci i bardzo ale to bardzo Cię lubi. Ona wie, bo on to powiedział jej chłopakowi, a on natomiast powiedział jej. Znów endorfinowo dopaminowy koktajl zalewa mocno Twoje szare komórki, pozbawiając zdolności myślenia, trzeźwej analizy sytuacji oraz elementarnego instynktu samozachowawczego. Pozwalasz mu się pocałować, a potem stajesz się jeszcze większą idiotką i z powodu nadmiernego spożycia alkoholu zostajesz u niego na noc. Na szczęście do niczego nie dochodzi, bo masz w sobie jakieś elementarne resztki godności, które jakimś cudem uchroniły Cię przed katastrofą w postaci d*n*a d**y. Rano budzisz się szczęśliwa, bo nic nie zapowiada nadchodącej tragedii. Jedziesz na chatę ogarnąć się przed pracą, a on zaskakuje Cię w Twoich własnych drzwiach z Twoją ulubioną kapucziną z maca. „Jezu, jaki słodki…., teraz to już jesteś mój…będziemy chodzić na zakupy do Lidla i spędzać razem Boże Narodzenie” huczy Ci w głowie. Wtem postanawiasz spierdolić sytuację jeszcze bardziej i zapraszasz go na spotkanie. Znów zero flirtu z jego strony, to nic, że traktuje Cię znów jak kumpla z pracy.” Ojej…potrzebuje więcej czasu, biedaczek…”

Na następny dzień powodujesz katastrofę większą niż kurwa tsunami. Idziesz do swojej najlepszej przyjaciółki na urodziny. Pijesz alkohol, choć wiesz, że masz słabą głowę i dobrze się to nie skończy. A na urodzinach spotykasz typa muchę. To jeden z tych natrętów, których nie da się przegonić siłą, groźbą, ani przemocą. On po kilku głębszych postanawia wkurwiać Cię jak ta namolna mucha właśnie. Bez przerwy gada, jaka to jesteś piękna i jak bardzo chce Cię pocałować. A Ty masz ochotę go zabić bez względu na konsekwencje, bo nie daje Ci cieszyć się imprezą na cześć Twojej najbliższej psiapsi. Zażenowana i lekko rozmiękczona, postanawiasz odjebać chorą akcję rodem z gimnazjum, do którego zresztą nigdy nie chodziłaś, bo jesteś stara. Dzwonisz do swojego potencjała i mówisz mu, że jakiś namolny palant chce Cię pocałować, a Ty nie możesz tego zrobić, bo myślisz o Nim. Bo on Ci się podoba. Wracasz do domu i wtedy dostrzegasz ogrom zniszczeń i tragedii. Potencjał bowiem spierdala. Nie pisze już, ani na dobranoc, ani na dzień dobry. Zapewne myśli, że jesteś chorą patusiarą i nie chce mieć z Tobą nic do czynienia. To nic, że pijesz alko raz na kilka miesięcy, a Twoja ostatnia impreza była wczasach prehistorycznych. Mleko się rozlało. Postanawiasz wynieść lekcje z tej akcji. „Pijesz- chowaj telefon głęboko do torebki, najlepiej z włączonym trybem samolotowym” Czasu nie cofniesz jednak, dlatego ryczysz jak mała dziewczynka w poduszkę. Po 2 dniach męczarni i psychicznych katuszy, postanawiasz się zbłaźnić jeszcze bardziej i pytasz go o co kaman, bo jesteś trochę „confused” a on na to, że widzi Cię jako przyjaciółkę tylko ale chętnie pójdzie z Tobą na spacer. Ty postanawiasz unieść się honorem i mieć w dupie jego propozycje. Odjebawszy całą tą akcję, zaszywasz się pod kocem z ulubionymi lodami w ręku i rozkminiasz dzień cały, o jaki chuj mu chodziło. Dlaczego pisał jak kretyn non stop, zapraszał, obiecywał wspólne wypady w jego ulubione miejsca, poznał ze znajomymi, skoro chciał, żebyś była jego koleżanką tylko. Wkurwiłeś koleś, tak się nie robi.

Chciałabym tak mieć pilota, którym można wykasować wszystkie chore akcje. Zapobiec katastrofom związkowym. Nienawidzę randkowania, muszę szczerze przyznać. Ta niepewność, ten stres, ta nieświadomość zamiarów drugiej strony jest sto razy bardziej wkurwiająca niż stado bzyczących much. Nie jestem dobra w te klocki i ewidentnie oporna na wiedzę. „Silnik kosiarki w karoserii maseratti” jak to kiedyś nazwał mnie mój kumpel…

Jedna odpowiedź

  1. Ciągle w formie 🙂 Ciekawie opowiedziane. Czekam na kolejne wpisy 🙂 ale trzymam kciuki za szczęśliwsze zakończenie…tylko co by wtedy było z blogiem ? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *