Opowieści Nieogarniętej

Cytując klasyka, „Jak do tego doszło, nie wiem”! Kolejna wiosna, a ja znowu sama. To już nawet nie jest kurde śmieszne. A przecież nie tak miało być. Tej wiosny, tak samo jak tej poprzedniej zresztą, miałam być już ogarnięta, szczupła i spacerująca po okolicznych parkach z Moim Księciem. Tego jendakowoż dalej nie ma, konto na Tinderach skasowane, a ja zastanawiam się, czy jestem do cholery jasnej jedyną istotą na Ziemi, którą nadejście wiosny po prostu wkurwia?

Nie zamierzam udawać, że jest zajebiście, bo ptaszki śpiewają i rośnie trawka. Ja to wolę jesień! Zdecydowanie! Dlaczego? Oto kilka powodów.

Jesienią to chociaż nie muszę zastanawiać się, co ubrać, kiedy muszę na chwilę wyskoczyć do pobliskiego sklepu, by kupić majonez i papier toaletowy. Zarzucam kurtkę na mój ulubiony, domowy t-shirt z dziurą i plamą po winie i voila! Nie wyglądam jak ostatni debil. Nieogarnięte, lekko tłuste włosy? Żaden problem! Zakładasz czapeczkę i wyglądasz jak gwiazda instagrama. No, prawie. W moim przypadku, każdy krótki wypad do warzywniaka, szczególnie wiosną, kiedy nie chce mi się specjalnie przebierać, aby wyjść po ziemniaki, kończy się, w magiczny kurwa sposób, spotkaniem jakiegoś przystojniaka, żywcem wyjętego z jakiegoś żurnala, który akurat wtedy do jasnej cholery, zamierza zapytać o drogę, albo jakąś inną niedorzeczną w tym momencie mojej żenady rzecz, i z lekkim pobłażliwym uśmieszkiem, spogląda na moją tłustą grzywkę oraz plamę na bluzce, a ja nie wiem, w którą stronę spierdalać.

Wiosną, z jakiś niewyjaśnionych przyczyn, wszystkie moje ubrania wydają się być nagle beznadziejne. Odnoszę wtedy wrażenie, że wszyscy wokół mnie wyglądają super, podczas gdy ja czuję się i wyglądam, jak nadmuchana parówa jakaś. Urządzam wtedy pielgrzymki, a nawet wyprawy krzyżowe do centrów handlowych, modląc się, aby dobry Bóg pozwolił mi znaleźć kieckę w promocji, która magicznie zakryje wszystkie moje fałdki i zwoje. Także o to, aby w przymierzalniach nie było tym razem tych wrednych luster, które czynią mój cellulit widocznym z kosmosu.

Tej wiosny poziom mojego zażenowania przekroczył wszelkie normy, ponieważ koncertowo spierdoliłam efekty mojego rocznego odchudzania. Już prawie mieściłam się w spodnie w rozmiarze 38. Niestety, zapomniałam na chwilę, że nie jestem jedną z moich koleżanek, które mogą wpieprzać tony kebabów, lodów i ciastków i zawsze będą chudymi szczotami.Należę do tych biedaków, którzy tyją 10kg od razu po tym, jak wciągną powietrze na dziale słodyczy w Tesco. Z tej chwili zapomnienia, że należę do tej drugiej grupy, zrobił się miesiąc i tak poszło. Wszystkiemu winna moja miłość do słodyczy. Obiecujesz sobie, że zjesz tylko mały jeden kawałeczek batonika, potem jeszcze jeden, bo może nic się nie stanie, może waga nie zauważy…Dupa nie może urosnąć przecież od jednego batonika…I tak codziennie. Potem stajesz na tej bezlitosnej i bezdusznej wadze i jednak okazuje się, że pamięta ona wszystkie Twoje grzechy. Waga, w przeciwieństwie do czekolady, nie rozumie. Potem obiecujesz sobie, że jutro to już żadnych ciastków, nowy dzień – nowa ja! To wszystko jest takie proste – wystarczy mniej żreć. W błoto niestety poszły moje ciężko zarobione w fabryce tacek aluminiowych funty, które wyjebałam na kurs, jak to pokochać siebie i swój cellulit. Jesienią kocham go bardziej, schowanego pod kurtką i dżinsami. Wiosną, kiedy muszę pokazać go światu – szczerze nienawidzę.

Jesienią to można sobie leżeć cały dzień na kanapie i bez żadnych wyrzutów sumienia oglądać Netflixa. Na dworze zimno i brzydko, więc udajesz, że nie słyszysz tego wewnętrznego głosu, który krzyczy rozpaczliwie : „Idź kurwa zrób coś ze swoim życiem!” Jesienią też jakoś mniej wkurwiają Cię zdjęcia Twoich szczęśliwych i ogarniętych znajomych na facebooku, chwalących się ciążowymi brzuszkami, zaręczynowi pierścionkami i innymi takimi. Masz jakoś nadzieję, że ogarniesz jeszcze temat znalezienia partnera życiowego do wiosny.

Wiosną odkrywasz na nowo, jak hujowe jest życie singielki po 30. Z pewnych względów nie jest tak źle przecież. Nie musisz zbierać brudnych skarpet z podłogi i spod kanapy, możesz nosić sobie wygodne bawełniane majty w stylu Bridget Jones oraz masz całe łóżko dla siebie. Bycie singielką oznacza też niestety, że jesteś taka…no…nie do pary, co niestety wyklucza Cię z pewnych sytuacji życia towarzyskiego. No bo wyobraź sobie, że jest sobota wieczór, jedna z Twoich przyjaciółek zaprasza Cię do siebie na chatę. A tam jest ON – jej facet. No niestety robi się lekko niezręcznie, bo biedak musi udawać, że interesują go to wszystkie ploty i kosmetyczne nowości. Jeśli koleś używa mózgu i ma trochę litości, to pójdzie sobie pograć na kompie, a Ty w spokoju i bez zażenowania możesz poopowiadać kumpeli o swoich tinderowych porażkach. Jak masz chłopa, to sytuacja zmienia się o 180 stopni, wówczas Twój facet z tym od Twojej psiapsi, mogą pić sobie browary i oglądać mecz na przykład, podczas gdy Wy, na pełnym luzie możecie toczyć dyskusje o tym, jak to Ance a drugiego osiedla urosła dupa, a Gośkę z warzywniaka rzucił kolejny złamas. Nie pojedziesz z nimi sama na wypad nad morze czy w góry, bo przecież nie będziesz patrzeć, jak piją sobie z dziubków i srają tęczą, podczas gdy Ty czujesz się jak ostatni głupek.

Wiosną boleśnie uświadamiasz sobie, że do lata zostało za mało czasu, aby zrzucić te cholerne 10kg, albo 5 chociaż. Nie wspominając o tym, że Twoje szanse na znalezienie kandydata na wspólny, wspomniany wyżej wypad z Twoimi znajomymi, spada dramatycznie. Nerwowo przeglądasz facebooka i dochodzi do Ciebie, że jesteś jedyną singielką wśród swoich znajomych. Zastanawiasz się, co idzie nie tak. Czy aby nie masz napisane na czole „Bierz mnie, jeśli jesteś idiotą i popaprańcem!” Myśląc jednak o kolejnym założeniu tindera, masz odruch wymiotny, podobny do tego, kiedy to Twoja była teściowa poczęstowała Cię wątróbką wołową o silnym zapachu krowiej kupy. Skubaniutka! Już wtedy mnie nie lubiła. No bo co masz czuć na myśl o całej tej kupie (znowu kupa) dziwnych facetów, z którymi przyjdzie Ci rozmawiać, zanim trafisz na jakiegoś w miarę normalnego, który nie będzie Cię prosił jak maniak o przesłanie Twoich nagich fotek. A także nie będzie wymagał od Ciebie uprawiania sportów ekstremalnych, będzie chciał się spotkać szybciej niż za 10 lat i nie będzie tłumaczył się tym, że teraz to on nie może, bo ma sraczkę lub bolą go nóżki po jakimś dziwnym treningu. Nie zaproponuje kolacji ze śniadaniem, jako pierwszą randkę. Nie zapyta, czy możesz przywieźć mu browara. Nie pomyśli, że jestem leniwą bułą, ponieważ wieczory podczas lockdownu spędzam na bezmyślnym scrollowaniu facebooka, zamiast uprawianiu jogi. Nie spierdoli w siną dal, jak powiesz, że chciałabyś mieć może jeszcze kiedyś bąbelka i zależy Ci na związku, a nie na bzykaniu.

Podsumowując: wybaczcie ten wiosenny żali post i byle do jesieni!

Ja tinderom tym razem mówię NIE! Może poznam tego jedynego na zakupach w Lidlu, wybierając mrożonki. Kto wie…

Jedna odpowiedź

  1. Chwila moment – ciążowe brzuszki to nie jest szczyt ogaru, tylko wręcz naprzeciw. A celulit, za przeproszeniem, to przynajmniej nie boli. Więc doceniaj chwilę, bo statystyka jest przeciw Tobie – jeśli wszyscy Twoi znajomi kogoś mają, to za chwilę Ty też będziesz sparowana. [już nie pamiętam, z czego to wynikało, ale działa. Niestety.]
    PS A tekst świetny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *